imprezy@ickilawa.pl
amfiteatr. +48 896491636
tel. PL +48 896491616
tel. PL +48 896491631
| Zamiast wstępu |
|
ORGANY Historia organów jest tak stara jak muzyka. Proszę mi wierzyć na słowo, bo inaczej trzeba będzie zabrać się za studiowanie niezwykle obszernej historii instrumentoznawstwa. Jeśli ktoś do niej zajrzy, przeczyta pewnie ze zdziwieniem, że organy zajmowały kiedyś sporo miejsca, mniej więcej tyle, że można było wybudować na mim niewielki domek. Ale to było dawno, a sceptycy dodadzą zapewne, że i nieprawda. Ale to najoczywistsza oczywistość. Bardziej znana historia organów sięga VIII wieku i niewiele później, jakieś trzysta lat, przypominały już budową znany dziś instrument. Z kilkoma manuałami, registrami, pedałem, czyli klawiaturą obsługiwaną nogami i niezliczoną ilością piszczałek drewnianych i ołowianych. Dźwięk wydobywano z nich za pomocą rozbudowanego systemu powietrznego, poruszanego ręcznie, a właściwie nożnie z uwagi na rozmiary miechów, które dmuchając w piszczałki grały. Grały pod warunkiem, że organista nacisnął odpowiedni klawisz i register, który skierował strumień powietrza do odpowiedniej piszczałki. Od samego początku były organy instrumentem kościelnym. Dopiero w XIX wieku wyposażono w nie koncertowe sale filharmoniczne. Zawsze też miały największą, prawie siedmiooktawową skalę, największe możliwości zmiany barwy, największą rozpiętość dynamiki. Są przy okazji najtrudniejszym instrumentem muzycznym, wymagającym umiejętności jednoczesnego obsługiwania skomplikowanych mechanizmów technicznych oraz gry, zwykle na dwóch klawiaturach ręcznych i nożnej. Największe organy piszczałkowe posiada kościół w Atlantic City, z dwunastoma manuałami rozmieszczonymi na dwóch kontuarach, około pół tysiąca piszczałek, z których największa ma dwanaście metrów wysokości oraz blisko dwa tysiące przyrządów z registrami barw, dynamiki itp. Ich obsługa zdaje się być znacznie trudniejsza od pilotowania najbardziej skomplikowanego samolotu. Dlatego… Pewnie dlatego nie ustają wynalazcy w staraniach, aby organy stały się instrumentem przyjaznym dla człowieka. Niewielkim, prostym w obsłudze, o możliwościach barwowych nieustępujących albo przewyższających organy piszczałkowe. Prób było co niemiara. Liczącym się w wynalazkiem był telharmonium z 1907 roku. Ważył prawie dwieście ton. Zbudowany był ze 145 mechanicznych generatorów połączonych z klawiaturą i głośnikiem. One znajdowały się na środku sali balowej hotelu Hamilton w Holyoke (w stanie Massechusetts), zaś sam instrument znajdował się w odległej o niecałą milę fabryce, w której powstał. Manuał połączony był z telharmonium za pomocą zwykłej linii telefonicznej. Ów pokaz był uwieńczeniem dwudziestoletniej pracy konstruktora Thaddeus’a Cahill’a. Telharmonium zostało opatentowane jako „elektryczny generator tonów wysokiej jakości i głośności z perfekcyjną muzyczną ekspresją”. Ale najbardziej znaczący krok w tym kierunku uczynił amerykański zegarmistrz Laurens Hammond Działanie organów Hammonda opierało się na tej samej zasadzie, co wspomniane tel harmonium. Laikom to nic nie wyjaśni, zaś zorientowanym w sprawach elektroakustyki przypomnę konstrukcyjną zasadę, że: „organy Hammonda uzyskują dźwięk dzięki zespołowi dyskowych wirników z naciętymi na ich powierzchni żłobieniami. Obracając się w polu elektromagnetycznym, generując prąd elektryczny zamieniany w końcu procesu w szereg tonów harmonicznych, dają piękny, czysty, wibrujący i przyjemny dla ucha dźwięk”. Dodam, jeszcze bardziej obeznanym z fizyką melomanom, że bezpośrednim źródłem dźwięku organów Hammonda był mechaniczny generator zawierający 96 zębatych, dwucalowych, stalowych kół, wirujących ze stałą prędkością w bezpośredniej bliskości nieruchomych magnesów, zaopatrzonych w zwojnice o starannie dobranej ilości uzwojenia. Każdy przemieszczający się wzdłuż magnesu ząbek powodował powstanie w uzwojeniu prądu elektrycznego o niewielkim natężeniu. Im większa ilość naciętych na kole ząbków, tym wyższa częstotliwość impulsów generowanych w uzwojeniu i wyższy dźwięk płynący z głośników. Historia budowy innych elementów organów Hammonda wcale nie jest mniej skomplikowana. Pozostawmy ją więc specjalistom i zajmijmy się mniej technicznymi sprawami. Instrument skonstruowany przez Hammonda był wprawdzie bardzo ciężki, ale nadawał się już do transportu. Poza tym zainspirował kolejnych wynalazców, którzy zaczęli konstruować całą gamę keyboardów, czyniąc z nich instrumenty nadające się do powszechnego muzykowania. Wczesne instrumenty posiadały oddzielną konsolę i część wykonawczą. W późniejszych wersjach połączono je w całość. Najnowsza wersja instrumentu jest wręcz miniaturowa, gdyż generator elektromagnetyczny zastąpiono cyfrowym. Klasyczne organy Hammonda posiadają dwie klawiatury, każda wyposażona w 61 klawiszy oraz pedał z 25 klawiszami (w wersji koncertowej 32). Efekt wibrującego dźwięku uzyskują zwykle dzięki głośnikom Leslie. Ich nazwa pochodzi od nazwiska konstruktora Dona Leslie. Rozpoczął ich produkcję w 1940 roku w Los Angeles. Od tamtej pory są nieodłącznym elementem każdego Hammonda. To jego wirujące głośniki, wykorzystujące znany w fizyce efekt Dopplera i fakt interferencji fal dźwiękowych, zapewniły organom Hammonda niepowtarzalne, soczyste, bulgocące brzmienie z charakterystycznym, sztucznym pogłosem.
Warto wspomnieć, że zasługą Hammonda było m.in. opracowanie i wdrożenie do produkcji pogłosu sprężynowego, którego nieco zmieniona wersja jest używana przez wielu producentów sprzętu muzycznego do dziś. W 1939 roku jego firma zaoferowała organy elektroniczne o nazwie Novachord, które stały się wzorem dla wszystkich późniejszych instrumentów klawiszowych znajdujących się na dzisiejszym rynku. Rok później przedstawił Hammond kolejny instrument zwany Solovox, prototyp klawiszowego syntezatora. Organy Hammonda oprócz wielu niewątpliwych zalet miały jednak dalej podstawową wadę – były dość drogie. Ich cena stanowiła równowartość nowego, luksusowego wtedy samochodu. Dopiero w 1950 roku stworzono instrument, który kosztował niespełna tysiąc dolarów. Wówczas stał się dostępny dla znacznie większej grupy muzykujących. Wreszcie stał się instrumentem eleganckim i tanim, a gra na nim łatwa i przyjemna. Następne lata były w życiu Laurensa Hammonda pasmem sukcesów, które pozwoliły mu zdobyć dozgonną pozycję lidera w przemyśle elektrycznych instrumentów muzycznych. Śmiało można też powiedzieć, że dzięki wynalezieniu elektrycznych organów stał się twórcą nowej dziedziny przemysłu, której tak szalonego rozwoju nikt wówczas nie był w stanie przewidzieć, a także nowego działu instrumentów zwanych elektrofonami. Rozwój i ciągłe udoskonalenia techniczne są kluczem do niekończącego się sukcesu tego człowieka. Nie doczekał się jednak Laurens Hammond czasów cyfryzacji swego pomysłu. Prowadzi je obecnie połączona w jedność firma Hammond-Suzuki, producent cenionych na rynku muzycznym cyfrowych pianin i fortepianów.
ORGANIŚCI Z racji swych rozmiarów, organy były instrumentem budowanym w kościołach i salach koncertowych. Z tego też powodu grano na nich muzykę religijną i tzw. poważną. Ale w latach 20. Fats Waller wypróbował ich możliwości w muzyce jazzowej. O ile jego nagrania fortepianowe emanowały śpiewnością i lekkością, o tyle te same kawałki w wersji organowej brzmiały niemrawo i ociężale. Organy były dlań instrumentem bliskim sercu. Miał je w domu, chętnie na nich grywał i całą do nich miłość przelał na swego utalentowanego ucznia Counta Basiego, który miał to szczęście, że doczekał wynalazku Hammonda. Potem lista jazzowych wirtuozów powiększała się z każdą chwilą. „Wild Bill” Davis, Milt Buckner i Jimmy Smith. Jak grał ten ostatni wiedzą doskonale bywalcy warszawskiego Jazz Jamboree’ 74, gdy wystąpił z grupą sławnych jak on przyjaciół. Poprzez swoją wyjątkową i wirtuozowską grą na organach Hammonda stał się wzorem dla innych organistów muzyki jazzowej i rozrywkowej. Jak twierdzi Joachim Ernst Berendt – „Jimmy Smith zrobił z organami to samo, co Charlie Christian z gitarą. Wyemancypował je.” A odkąd zasiadł za klawiaturą Ray Charles, organy stały się równoprawnym instrumentem, bluesa, soulu i jazzu. Czy tylko? Do historii światowej muzyki rozrywkowej przeszły m.in. rockowe nagrania Procol Harum, Colosseum czy Deep Purple, wykorzystujących hammondowskie brzmienie. U nas, pierwszy po organy Hammonda sięgnął Czesław Niemen Pierwszy Hammond pojawił się w Polsce na początku lat 50. Wśród pionierów grających na tym instrumencie był Jerzy Abratowski W tym samym czasie po organy Hammonda sięgnęli polscy jazzmani. W 1955 roku oddział krakowski Polskiego Radia wyposażył swoje studio w ten instrument. Z racji swej lokalizacji wykorzystywany był przez firmowy zespół prowadzony przez Andrzeja Kurylewicza. Utworzony rok później jego Sekstet Organowy PR zapełnił archiwum sporą ilością nagrań organowych. W 1968 zasiadł do organów Hammonda Krzysztof Sadowski Najmłodsze pokolenie polskich organistów niebo ma teraz u swoich stóp oraz swego patrona i opiekuna, popularyzatora „Hammondowego” instrumentarium, jego znawcę i konserwatora. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, kto to jest, podpowiadam: Paweł Więsik i jego Polski Klub Sympatyków Organów Hammonda z siedzibą w Otwocku k. Warszawy. Szczegóły www.hammond.pl. Tych zaś, którzy zechcą w Iławie dowiedzieć się więcej o organach Hammonda zapraszam do oglądania filmu Bohdana Kezika. Ortodoksyjni tradycjonaliści uważają, że nie ma starego jazzu, jeśli nie słychać trąbki, klarnetu i puzonu. Tymczasem jazz tradycyjny to nie tylko ten instrumentalny triumwirat. To także jego obrzeża. Zataczają coraz większe kręgi, o czym staram się od paru lat przypominać w nieustannie uzupełnianym Słowniczku jazzfana (zob. str. xx), ale także dlatego, że to, co uznawano jeszcze nie tak dawno za nowe i odkrywcze, dzisiaj należy już do tradycji. Do tradycji jazzowej. Pozwalam więc sobie wiedzę o jazzowej przeszłości uzupełniać także muzyką. Stąd właśnie w tegorocznym programie Międzynarodowego Festiwalu Jazzu Tradycyjnego Old Jazz Meeting-Złota Tarka, nowoorleański folklor zwany cajun lub zydeco, blues w najczystszej postaci znad brzegów Missisipi i hamondowe trio, które przypomni tradycyjne niewątpliwie brzmienie jazzu. Nie zabraknie też tego, co jest solą tej muzyki, brzmienia trąbki w „Armstrongowskim” repertuarze. A dla smakoszy wspomnienia czar klimatów europejskiego jazzu ze skrzypcami w roli głównej. Ryszard Wolański Dyrektor Artystyczny Old Jazz Meeting-Złota Tarka IŁAWA 2011 |